RSS
środa, 24 października 2012

Hej. ;)

W sobotę skończyłam a6w i nie mogę powstrzymać się żeby nie napisać tutaj o swoich wrażeniach. ;p 

Nie będę tłumaczyć czym jest a6w, wiele osób zapewne wie, a dla tych, którzy się z tymi ćwiczeniami nie spotkali podaje link: http://www.a6w.pl/ .

Ja dowiedziałam się o nich dosyć dawno, zaintrygowały mnie, nie powiem, ale zawsze wymyślałam jakąś wymówkę, byle tylko ich nie zaczynać. Za dużo się naczytałam o tym, jakie to ciężkie i mało kto daje radę dotrwać do końca. A wiedziałam, że jak już zacznę to się nie poddam. Ogólnie rzecz biorąc, nie ma dnia, w którym bym nie ćwiczyła, więc pewnego razu pomyślałam sobie: "co mi szkodzi?", wydrukowałam plan ćwiczeń i zaczęłam.

Żeby jakoś uporządkować swoje przemyślenia na ten temat, przedstawię je w tabelce zalet i wad.



Zalety

Wady

+ Są efekty. Może nie takie, jakich bym się spodziewała, ale mięśnie brzucha całkiem wyraźnie się zarysowują i są zdecydowanie wzmocnione - zauważyłam to podczas wykonywania innych ćwiczeń (kiedyś sprawiały mi one pewne trudności, a teraz bam! bam! wszystko idzie jak po maśle. ;d). Nie powiem, żebym była jakoś szczególnie zadowolona z tego co osiągnęłam przez te 42 dni, ale tłumaczę to tym, że pewnie zdecydowanie większe efekty są u osób o wadze "piórkowej", do których ja niestety nie należę. ;p

+ Ćwiczenia są dobrze rozplanowane - od dosłownie kilku minut na początku po ponad pół godziny w ostatnich dniach. Pozwala to na stopniowe przyzwyczajanie organizmu do coraz większego wysiłku.

+ Fajnie, że jest to tak rozpisane na każdy dzień - wydrukujesz sobie taką tabelkę i masz motywację, żeby nie opuścić ani jednego dnia. Ja skreślałam sobie codziennie jedną linijkę - chociaż przyznam, że były dni, w których kompletnie nie miałam ochoty na te ćwiczenia. Ale nie odpuściłam. Kiedyś wróciłam o 5 rano z wesela i już nie opłacało mi się iść spać, więc posiedziałam trochę przed komputerem, a potem zabrałam się za a6w pomimo tego, że byłam meega zmęczona. ;p

+ Ćwiczenia są stosunkowo łatwe. Nie ma w nich nic skomplikowanego, jedyna trudność może wynikać z dużej ilości powtórzeń.

- NUUUUUUDA! Ogromna, niezmierzona nuda. Jeszcze nigdy nie robiłam tak monotonnych ćwiczeń. Na początku jest jeszcze jako tako. Ale im więcej powtórzeń, tym gorzej. W ostatnich dniach na przykład robimy 3 serie po 24 powtórzenia każdego ćwiczenia, to daje 72 powtórzenia x 6 ćwiczeń czyli 432 powtórzenia. Zasnąć można, liczyć już się nie chce i tylko się człowiek zastanawia: "kiedy koniec?".

- Ćwiczenia zajmują strasznie dużo czasu. Szczególnie jest to ważne dla osób tak zalatanych i wiecznie zajętych jak ja. Na końcówkę poświęcałam aż 37 minut dziennie, pomimo tego, że nie robiłam żadnych przerw, ani między ćwiczeniami, ani między seriami. Kładłam się na podłodze i tak przez 37 minut robiłam te 432 powtórzenia. ;d

- Mogą powodować ból kręgosłupa. Wiem, że jest to kwestia nieprawidłowego wykonywania niektórych ćwiczeń, ale dosyć często czułam się po prostu zniechęcona nie tym, że bolą mnie mięśnie brzucha, ale tym, że czuję okropny ból w karku, zwłaszcza podczas ćwiczenia 1 i 2.

Podsumowując: Fajnie było spróbować a6w, jestem  z siebie mega dumna, że dotrwałam do końca, ale myślę, że inne ćwiczenia wykonywane w takiej ilości i przez tak długi czas przyniosłyby takie same lub może nawet lepsze efekty. Niemniej jednak, nie żałuję, że spróbowałam i mogłam się na własnej skórze przekonać, na czym polega fenomen tego niesamowicie popularnego treningu.

 

Co robię obecnie? Wróciłam do ćwiczeń, które wykonywałam zanim zaczęłam a6w. Teraz jest to

·         10 - minutowy trening ramion z Mel B

·         10 - minutowy trening brzucha z Mel B

Kiedyś robiłam też 10 - minutowy trening nóg i 20 - minutowy trening całego ciała, również z Mel B. Kurcze, uwielbiam tą babkę! Prowadzi treningi w tak niesamowicie fajny sposób, że nawet nie wiem, kiedy ten czas upływa. :) Ćwiczenia są naprawdę przyjemne i szczerze je polecam. Dla mnie to taka prawdziwa chwila relaksu - możliwość oderwania się od nauki i zrobienia czegoś dla siebie. ;)


Staram sie coraz bardziej rozkręcać swojego bloga. ;) Po prawej stronie dodałam linki do ciekawych stron/ blogów, które regularnie odwiedzam. Są tam zarówno blogi kulinarne, jak i te z recenzjami, modą, itp. Przeważają jednak te związane z kuchnią, ponieważ moim marzeniem od dawna jest prowadznie własnego bloga śniadaniowego, jednak jakoś nie mogę się za to zabrać.;p Na razie planuje wstawiać tutaj jakieś ciekawe przepisy, czy chociażby zdjęcia moich kulinarnych eksperymentów. ;)

Czyli ogólnie są to linki do tego, czym się interesuje. Szczerze polecam te strony! Są one dla mnie ogromną inspiracją!

Nowa szkoła.

Gimnazjum, liceum, studia...

Nowe środowisko, nowi ludzie, nowe zasady, zupełnie nowe doświadczenia.

Jak się w tym odnaleźć? Wydarzeniem, którego głównym założeniem jest pomoc uczniom/studentom w zaklimatyzowaniu się w nowej szkole są OTRZĘSINY. No właśnie. Tylko, że to "główne założenie" nie zawsze zostaje spełnione. Szczerze? Według mnie, ta żałosna szopka prawie zawsze mija się z celem.

Bywałam na różnych otrzęsinach i mogę coś na ten temat powiedzieć. Jaki jest ich cel? Ośmieszenie i  poniżenie pierwszaków? Nabijanie się z młodszych uczniów przekonując ich, że "taka jest tradycja", "wszyscy tak robią", "tak powinno być"? NIE! Tak nie powinno być. Czy smarowanie uczniów jakąś śmierdzącą farbą, obsypywanie ich mąką, zmuszanie do rozbierania się, aby "utworzyć jak najdłuższy łańcuch z ubrań" jest dobrą zabawą? Tak? Dla kogo? Na pewno nie dla tych biednych pierwszaków. Okej, rozumiem, kiedy są konkurencje typu: wymyślić jakiś zabawny wierszyk, czy piosenkę, zaśpiewać coś, zatańczyć (w granicach rozsądku i moralności), jakieś kalambury czy coś w tym stylu. Otrzesiny mają być fajnie spędzonym czasem zarówno dla nowych uczniów jak i dla publiczności. Można się pośmiać, ale wspólnie!

Teraz jestem w drugiej klasie liceum i moge obiektywnie ocenić, jak to wygląda. W tamtym roku byłam zdecydowanie zniesmaczona i rozczarowana otrzesinami, jakie przygotowali dla nas starsi koledzy. Czyli teraz powinnam razem z nimi nabijac się z młodszych? Nie. W dalszym ciągu mi się to nie podoba. To ma sprawiać przyjemność zarówno uczestnikom jak i organizatorom. Pierwszaki powinny przekonać się, że będzie im fajnie w nowej szkole, że będą mogli liczyć na pomoc starszych kolegów... Wydarzenie, jakim są otrzęsiny, powinno zachęcić uczniów do chodzenia do szkoły a nie odwrotnie...Bo niestety zazwyczaj budzą one w nas skojarzenia typu: "czy już zawsze będziemy tak prześladowani i wyśmiewani?"...

Kto chciałby chodzić do takiej szkoły?

 

09:13, blogmenow
Link Komentarze (2) »
sobota, 20 października 2012

Sobota.

Najlepszy dzień tygodnia.

JEDYNY dzień, kiedy mogę się wyspać. Wstaję bez żadnego pośpiechu, zaliczam swój codzienny trening, robię kawę... I nadzwyczaj leniwie gotuję owsiankę. Po śniadaniu wracam do rzeczywistości...sprzątam, uczę się... ale i tak robię wszystko niesamowicie leniwie, bo wiem, że mam dużo czasu. Sobota to też dzień moich kuchennych szaleństw. Znajduję przepis w Internecie, wpadam do kuchni, wyciągam mąkę, jajka, ważę, mieszam, by już za niedługi czas cieszyć się wspaniałym zapachem ciasta dochodzącym z gorącego piekarnika. Dziś padło na szarlotkę z budyniem. Przepis z tej strony: http://www.mojewypieki.com/przepis/szarlotka-z-budyniem. U mnie jabłka dodatkowo obtoczone w cynamonie (który wprost ubóstwiam), a na wierzchu stylowa krateczka. ;)  Chyba właśnie dzięki tej zmianie (a może raczej przez tą zmianę.;p)  zostało mi sporo ciasta. Zrobiłam z niego małe ciasteczka – piramidki z jabłkową marmoladą, ale niestety nie doczekały zdjęcia - znikły w błyskawicznym tempie! Wiąże ten fakt z tym, że jakoś dziwnie co chwila ktoś z domowników pod byle pretekstem wpadał do kuchni...a ciasteczek ubywało. ;d Czyżby to znaczyło, że były ona tak strasznie smaczne? „Właściwe” ciasto stygnie w blaszce, więc dopiero jutro przekonamy się jak smakuje, ale podejrzewam, że całkiem nieźle. :)

środa, 17 października 2012

Hej. ;)

Byliśmy wczoraj z klasą na filmie "Bitwa pod Wiedniem". Szczerze? Nie rozumiem, po prostu NIE ROZUMIEM, czemu ludzie tak się tym fascynują. Dla mnie ten film był po prostu denny. Już od pierwszych minut fantastyczne "efekty specjalne" wywoływały na sali wybuchy śmiechu. Pojawiający się co jakiś czas komputerowy wilczek rozwalał mnie na łopatki, siekanie się siekierami przypominało grafikę z kiepskiej gry komputerowej, a motyw z płonącym mieczem był niby żywcem wyjęty z "Władcy Pierścieni" czy czegoś podobnego. Jedynym plusem tej produkcji jest znakomita gra polskich aktorów: Piotra Adamczyka, który mega komicznie wykreował postać cesarza (moja jakże obszerna wiedza historyczna nie pozwala mi na stwierdzenie jego tożsamości) oraz Alicji Bachledy - Curuś, która świetnie zagrała scenę, kiedy umierała chora na...trąd (?). Pocieszający był też widok mega przystojnego męża Bachledy (przynajmniej od czasu do czasu było na czym oko zawiesić) ale z historycznego punktu widzenia też nie mam  zielonego pojęcia kim on był. :)

Podsumowując: szkoda czasu i kasy (całe 12 zł! ;p) na ten film. Nie wiem, czym inni się tak zachwycają, mnie on kompletnie nie poruszył. Może to kwestia mojego całkowitego braku zainteresowania historią, a może po prostu niechęć do wszelkich komputerowych udziwnień. Nie polecam.

Tagi: film recenzja
09:26, blogmenow
Link Komentarze (1) »
blogmenow@wp.pl Napisz, na pewno odpiszę! :) Odwiedziło mnie:
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin